Święta w Japonii nie mają nic wspólnego z religią -- są tak na prawdę ich własnym, stuprocentowo komercyjnym świętem zainspirowanym naszym Bożym Narodzeniem. Są tu więc prezenty, Mikołaje, choinki, kolędy w stylu J-Pop, a wszystko razem wymieszane z dodatkiem typowej dla Japończyków słodyczy i kiczu i serwowane poprzez wielkie ekrany i głośniki nad zatłoczonymi ulicami Tokio i w gigantycznych centrach handlowych.
Dodatkową ilustracją japońskiego podejścia do Świąt może być ta gra wydana na Playstation 2:
W jednym z poprzednich postów pisałem o automatach z napojami -- ich liczebność dorównuje niemalże populacji Tokio. W automatach sprzedawane sa tysiące różnych gatunków zimnych i gorących napojów (choć to określenie nie zawsze jest adekwatne do zawartości puszek). Otóż zdarza mi się czasem skorzystać z jednego z owych automatów, który stoi na przeciwko budynku, w którym odbywają się moje lekcje japońskiego. Choć nie spróbowałem jeszcze trzeciej części asortymentu, już natrafiłem na pozycje co najmniej ciekawe.
Galaretka w puszce jest rzeczą, na którą trafiam ilekroć jestem bardzo spragniony. Doprowadza mnie to do szału -- nie dość, że galaretką ciężko jest się napić, to pierwszą puszkę "piłem" przez jakieś pół godziny, zanim udało mi się wyssać całą zawartość.
Napój chryzantemowy był najsłodszym i najdziwniejszym napojem, jaki zdarzyło mi się pić w całym życiu. Dzisiaj z kolei kupiłem zupę kukurydzianą, wyprodukowaną przez firmę Coca-Cola specjalnie na rynek japoński. W ciepłym, gęstym płynie pływały nawet prawdziwe ziarna kukurydzy :)
Jutro, myślę, że spróbuję herbaty oolong firmy Coca-Cola o interesującej "Love body", w wersji dietetycznej.
Od kilku tygodni próbowałem namówić kogokolwiek na jednodniową wycieczkę w pobliskie góry i dzisiaj mi się to udało. Jako że ok. 75% powierzchni tego kraju pokryte jest górami, góry są zawsze pod ręką i z Tokio z łatwością można urządzać takie wycieczki.
Z powodów finansowych (koszty przejazdów) wybraliśmy się z Siergiejem (jak można się domyślać -- z Rosji) w najbliższe górzyste miejsce -- okolice 高尾山 (Takao-san). Z powodu jednak bliskości od Tokio, pięknej pogody i faktu, że była sobota, szlak zapchany był spragnionymi natury Tokijczykami i często musieliśmy stać w kolejkach przepuszczając ludzi z naprzeciwka. Na ilość ludzi na pewno wpłynął również fakt, iż niedawno nastała tu piękna jesień. Tak, tak, jesień. Jest grudzień, a tu ciągle jest 15 stopni, liście dopiero zaczynają czerwienieć, a w drodze w góry z pociągu widziałem nawet kwitnące krzewy! Pomijając jednak tłok na szlaku (który zresztą całkowicie zniknął jak ze standardowej trasy odbiliśmy na południe w kierunku zalewu Sagami-ko), wycieczkę uważam za całkiem udaną.
Dzisiaj pierwszy post z serii jaka japońska telewizja jest inna od naszej: reklamy. Tutaj, im więcej krzyków, tańczenia, wkręcających się pioseneczek i ogólnie krzykliwych motywów, tym lepiej. Na dodatek praktycznie wszystkie tworzone są wg dokładnie tego samego schematu.
Tak wyglądaja mniej więcej połowa japońskich reklam (najlepsze dwie zostawiłem na koniec):