Sushi o czwartej nad ranem


Japończycy uwielbiają jeść wszystko, co pochodzi z oceanu i są bodajże największym konsumentem ryb i owoców morza na świecie. Łowią i kupują ryby z całego świata, a wszystko to potem ląduje na największym na świecie targu rybnym Tsukiji. Na tym otwieranym o 3:00 nad ranem ogromnym targowisku sprzedawanych jest ponad 2000 ton produktów dziennie (słyszałem również, że przez ten targ przechodzi 1/3 wszystkich ryb sprzedawanych na świecie, ale nie udało mi się tego potwierdzić) i stanowi on jedną z największych atrakcji turystycznych Tokio. Jeszcze tego samego dnia ryby sprzedane rano w tym miejscu można zjeść w restauracjach w całej Japonii.

Tak więc, razem z pięcioma znajomymi niemcami, postanowiłem się wybrać w to miejsce, tym razem o odpowiedniej porze (za pierwszym razem, 2 lata temu, udało mi się tam dotrzeć dopiero po 7:00), czyli ok. 3:30. Po nocy przeczekanej w klubie w Roppongi, udało nam się doświadczyć tego niecodziennego zjawiska, kończąc całą wycieczkę śniadaniem w jednym z setek barów sushi dookoła targu -- jednym z najlepszych śniadań, jakie miałem okazję jeść w swoim życiu.

Tutaj wrzuciłem kilka fotek (których większość zrobił Wolfgang -- ja byłem na to zbyt leniwy), a tutaj są filmiki:





Jidouhanbaiki

...czyli automaty: z napojami (zimnymi i gorącymi), ciastkami, lodami, kanapkami, gorącymi zupkami, gazetami, papierosami, prezerwatywami, piwem, bateriami, czy biletami (których używam regularnie).

Wg danych z 1997 roku, w całej Japonii zainstalowane było 5,5 mln różnego rodzaju automatów, co daje jeden automat na 23 osoby i 14,5 automatów na km^2 i gwarantuje temu krajowi pierwsze miejsce ze wszystkich krajów na świecie. Od tego czasu jednak liczba automatów stale rosła i obecnie (tu niestety nie mam dokładnych danych) przeciętny Tokijczyk dzieli jeden automat z dwoma sąsiadami. Oprócz całkiem normalnych rzeczy, które już wymieniłem, zdarzają się również automaty zaskakujące swoją ofertą -- np. kilogramowymi workami ryżu, ipodami, płytami z muzyką, rhinoceros beetles (nie znam polskiej nazwy; sprzedawane są jako zwierzęta domowe dla dzieci), filmami porno (np. w czerwonej dzielnicy w Shinjuku), papierem toaletowym (przed publicznymi toaletami), tamponami, parasolkami oraz słynne automaty z używanymi przez uczennice majtkami (zostały wycofane z użycia kilka lat temu). W automatach można kupić prawie wszystko.

Co ciekawe, żadne z tych automatów nie są dewastowane, ani okradane. Czytałem dzisiaj nawet o "automatach" w postaci niepilnowanego stoiska z warzywami i pudełka, do którego należy wrzucić odliczoną kwotę za wzięte produkty -- system, który w żadnym znanym mi kraju, poza Japonią, nie miałby racji bytu.

Na koniec krótki filmik (znaleziony na youtube) o automatach w Tokio.


Karaoke

Nie można być w Japonii i choć raz nie uczestniczyć w sesji karaoke. Tak więc ja, Grzesiek (Polska), Jean (Francja), Alexis (Francja), Zweta (Bułgaria) i jeszcze Chorwat, którego imienia zupełnie nie pamiętam, wybraliśmy się (pomimo mojego negatywnego nastawienia) w piątek wieczór do baru o nazwie Karaokekan, wypełnionego zataczającymi się Japończykami. Zazwyczaj w japońskim barze karaoke, w przeciwieństwie do publicznych karaoke w Polsce, czy gdzie indziej na świecie, dostaje się wydzielone pomieszczenie, które może pomieścić do 10 osób.

Godzina spędzona w takim barze kosztuje 1300 jenów, czyli ok. 33 PLN, ale w cenę wliczona jest nieograniczona ilość long-drinków (co było głównym powodem, że zgodziłem się pójść). Jak się dowiedziałem, pierwszą godzinę zazwyczaj spędza się na piciu, ale za to podczas drugiej godziny wszyscy ochoczo chwytają za mikrofony kalecząc kolejne popowe hity. Również ja przekonałem się do całej idei i spróbowałem swoich sił przy kawałkach The Prodigy (Firestarter, Breathe), Boba Marleya (Exodus, Jammin') i Monty Pythona (Always look on the bright side of life). Na flickr możecie oglądnąć kilka zdjęć wykonanych moją komórką (więc od razu mówię -- nie są najlepszej jakości).

Jak się jednak później przekonałem, zabawę należy przerwać po tych dwóch godzinach, bo inaczej wszystko kończy się nieciekawie. Zaczęło się od zepsutego mikrofonu, który wyleciał komuś (nie będę wymieniał imion przez wzgląd na dyskrecję) z rąk i po odbiciu się od ściany wpadł za maszynę do karaoke. Niedługo potem na podłodze pojawiać zaczęły się kawałki szkła ze zbitych szklanek, a stół, podłoga i kanapa coraz bardziej lepiła się od rozlanych płynów. Zarzygany parapet w ubikacji i wielka kałuża rzygów pośrodku korytarza pomiędzy pokojami spowodowały, że poczuliśmy ochotę (a przynajmiej ci, którzy jeszcze myśleli) opuścić lokal. Miły wieczór został ukoronowany rachunkiem na przeszło 900 PLN (co na szczęście nie uwzględniało dokonanych zniszczeń, które w barach karaoke są zjawiskiem całkiem powszechnym i wliczonym w rachunek) oraz długą drogą do domu, podczas której trzeba było pilnować pijanej części towarzystwa, która kładła się na torach kolejowych (które w nocy są nieużywane) lub żywopłotach w ogródkach mijanych domków.

Karaoke w Japonii trzeba koniecznie zaliczyć, ale nie wiem kiedy odważę się następny raz na taką imprezę.

Mój sensei

Profesor Sagayama od razu wydał mi się bardzo przyjemnym i otwartym człowiekiem. Dużo mówi, ciągle się śmieje i żartuje. Wydaje się być również zainteresowany moją osobą i tym, co mam do powiedzenia.

Jednakże Profesor ma również i ciemną stronę. Jak wielu Japończyków jest pracoholikiem. Do domu wraca tylko na weekendy -- noce spędza w swoim pokoju nad laboratorium, który zresztą jest bardzo wygodnie, acz skromnie, urządzony. Ma w nim więc łóżko, kosze na brudne ubrania, ekspres do kawy, telewizor, lodówkę i wszystko co jest potrzebne do przeczekania nocy i powrotu do dalszej pracy.

Zauważyłem również, że w pomieszczeniach, w których stoją biurka studentów (w tym i moje) na półkach leży mnóstwo śpiworów, a na zdjęciach z laboratorium widziałem studentów śpiących na podłodze tuż obok kolegów ślęczących przed monitorami. Zresztą nigdy nie udało mi się doczekać chwili, gdy laboratorium pustoszeje pod koniec dnia. Zaczynam się więc troszeczkę obawiać, czy przypadkiem nie pójdę, nie chcąc się wyłamywać, w ich ślady.

No to zaczyna się

Jak na razie, oprócz załatwiania różnego rodzaju formalności, robienia zakupów i zadomawiania się, nie miałem specjalnie dużo do roboty. Od jutra niestety to się zmieni, gdyż zaczynam kurs języka japońskiego -- 26 godzin w tygodniu plus tony prac domowych.

Dodatkowo zaczynam się przygotowywać do egzaminu wstępnego z matematyki. Poziom jest dosyć wysoki (jak ktoś chce, może przekonać się sam oglądając tegoroczny egzamin lub jego japońską wersję), więc czeka mnie dużo pracy. Do tego wszystkiego mój sensei chce, abym cały czas prowadził badania do doktoratu.

Muzyczne drogi

Chociaż nie doświadczyłem tego na własnej skórze, to postanowiłem podzielić się z wami tą informacją zasłyszaną gdzieś w internecie.

Na świecie dość popularne są drogi, na których linie oddzielające pasy namalowane są specjalną wypukłą farbą, aby senny kierowca usłyszał hałas w momencie, gdy na nie wjedzie. Otóż na Hokkaidou drogowcy poszli o krok dalej i pokryli drogi małymi poprzecznymi rowkami, zmieniając odpowiednio odległości pomiędzy nimi. W ten sposób kierowca słyszy muzykę zamiast jednolitego szumu.

Tutaj można posłuchać przykładu takiej muzyki.

Komórka

Odebrałem dzisiaj komórkę. Nasze tutaj nie działają -- w Japonii nikt nie wie co to jest GSM. Mają tu wiele innych systemów telefonii komórkowej, z których chyba większość to systemy trzeciej generacji. Dodatkowo systemy te zaprojektowano tak, aby działały w metrze (w którym przeciętny Tokijczyk spędza 7% swojego życia).

Ja, ze względów finansowych, kupiłem najtańszy i najbardziej skromny model komórki, więc wyposażona jest zaledwie w 2,5" wyświetlacz i aparat 1,5 megapikseli :(. Większość lepszych modeli natomiast wyposażona jest w odbiorniki telewizyjne.

Co jest ciekawe, nie istnieje tu coś takiego jak SMS. Jego funkcję spełnia tu email. Ponieważ w metrze nie można rozmawiać przez komórkę, Japończycy namiętnie klikają przyciski swoich aparatów wysyłając i odbierając mejle od znajomych. Takie rozwiązanie jest bardzo wygodne, gdyż wiadomość można wysłać do znajomego za darmo z dowolnego komputera podłączonego do internetu. Tak więc jakby ktoś chciał się ze mną skontaktować, to piszcie na stanislaw.raczynski, tu wstawić małpę, ezweb.ne.jp.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po zakupie telefonu, było oczywiście ściągnięcie sobie dzwonka "Tarako" :).

Więcej zdjęć

Ponieważ niektórzy narzekali na to, że na moich zdjęciach mało jest Japończyków, proszę -- oto oni. Oprócz kilku zdjęć kosupure i tańczących Elvisów, wrzuciłem na flickr zdjęcia z japońskiego ślubu i masowe zdjęcia Japończyków z Takeshita-dori w Harajuku i przejścia dla pieszych przy stacji Shibuya.

Takeshita-dori to najpopularniejsza ulica dzielnicy Harajuku, wypełniona designerskimi sklepami, w których zaopatrują się m.in. kosupure.

Tarako

Chociaż nie oglądam tu raczej telewizji, do mnie też dotarł japoński szał na tarako. Tarako leci jako reklamy w telewizji. Tarako można zobaczyć na małych ekranach w sklepach spożywczych i na wielkich telebimach przy słynnym przejściu dla pieszych w Shibuya. Tarako puszczane jest na ekranach telewizorów w sklepach RTV. Tarako leci również na japońskim MTV i znajduje się w pierwszej dziesiątce listy przebojów! Dziewczynki Tarako są gośćmi programów telewizyjnych. Jeszcze kilka miesięcy temu nieustannie chodziła mi po głowie Loituma, tak teraz zasypiając słyszę tylko "Taaarakoo, taaarakooo..."

Ale przekonajcie się sami:



Dodam tylko, że Tarako to sos do spaghetti z rybiej ikry, a czerwone kapelusiki na głowach dziewczynek przypominać mają rybie jajeczka. Skaczące upiorne czerwone ludki to Kewpie dolls.



Tarako, tarako
tatsubu, tarako
Tarako tarako tsubu tsubu tarako tatsubu






A to najnowsza reklama Tarako:

Japońscy Elvisowie

Podczas gdy po moście przy stacji Harajuku przechadzają się kosupure, kilkadziesiąt metrów dalej, przy wejściu do parku Yoyogi zbierają się osoby z charakterystycznymi fryzurami, ubrane w skórzane kurtki i spodnie, które tańczą do muzyki Elvisa Presley'a.






Kosupure

Kosupure to dziwne japońskie zjawisko, które można zaobserwować w każde niedzielne popołudnie na moście przy stacji Harajuku. Japonki (jak również i Japończycy, ale z reguły nie udaje się rozpoznać płci osobnika) przebierają się w wymyślne stroje, których kompletowanie wypełnia im cały posiadany wolny czas. Z reguły przebierają się za postaci z anime i gier komputerowych lub wykonawców tzw. bijuaru kei, nurtu japońskiego rocka, w którym artyści poszczególnych grup ubierają bardzo szokujące, wyróżniające ich kostiumy.



Ulubioną rozrywką cosplayerów jest pozowanie do zdjęć. Dziesiątki japońskich fotografów z gigantycznymi obiektywami i mnóstwem sprzętu kręcą się po moście prosząc o zapozowanie do zdjęcia. Dla większości z tych fotografów jest to hobby, któremu poświęcają się regularnie w każde niedzielne popołudnie...

Dziwne postacie z Harajuku



Post tymczasowy: W każdą niedzielę w okolicach mostu koło stacji Harajuku zbierają sie najdziwniejsze postacie -- wykręceniu kosupuru, czy japońscy Elvisowie. W tym samym czasie 200m dalej, w świątyni Meiji odbywają się śluby w tradycyjnych japońskich strojach. To dziwne zestawienie bardzo dobrze obrazuje japońską kulturę, która jest zręcznym połączeniem nowoczesności i tradycji. Niestety skończył mi się limit na flickr.com, więc zdjęcia i odpowiednie wyjaśnienia zamieszczę w ciagu kilku dni...

100 yen shops



 W Japonii dosyć popularne są odpowiedniki naszych sklepów "wszystko po 5 złotych" -- sklepy stujenowe, z tą jednak różnicą, że w sklepach stujenowych wszystko rzeczywiście kosztuje 100 jenów (ok. 2,80 złotych). Spędziłem dzisiaj prawie godzinę drepcząc po ogromnym, czteropiętrowym sklepie stujenowych w Harajuku i udało mi się zakupić: garnek z pokrywką, budzik, płyn do mycia naczyń, myjkę, wieszak na ręcznik, talerz, miskę, kubek, zestaw sztućców i pałeczek, parasolkę, nóż do mięsa i do owoców, zestaw wieszaków, tarkę do stóp, solniczkę z solą, markery, segregator na artykuły, rękawicę do gorących naczyń, samoprzylepne karteczki, deskę do krojenia i prawdopodobnie jeszcze kilka innych produktów, a wszystko za ok. 90 złotych. Niech ktoś mi teraz powie, że Tokio to drogie miasto.


Trochę widoczków z moich okien

Na flickr zamieściłem kilka zdjęć zrobionych z balkonów mojego mieszkania i korytarza.

Moje mieszkanko



Dzisiaj chciałem pokazać wam jak wygląda moje mieszkanie w międzynarodowym domu studenckim Uniwersytetu Tokijskiego Komaba. Całość ma chyba ze 12 metrów kwadratowych, ale udało im się na tej powierzchni zmieścić łóżko, biurko, parę mebli, mini-kuchnię i łazienko-ubikację. Zwłaszcza to ostatnie zasługuje na uwagę, gdyż jej wnętrze ma niecałe 2 metry kwadratowe. Za pierwszym razem bardzo długo szukałem w niej sedesu, który jak się potem okazało ukryty był pod obrotowym zlewem, który przesuwany jest w zależności od tego, czy chce się użyć prysznica, czy ubikacji :)

Więcej zdjęć możecie zobaczyć w tym albumiku na flickr.

Widok z mojego pokoju

Przydzielono mi pokój 705 na 7 piętrze, więc widok jest całkiem przyjemny, choć najczęściej Tokio kryje się za chmurami lub smogiem.

Na zdjęciu widok na stronę zachodnią -- wieżowce z dzielnicy Shibuya.

Formalności


Japończycy to bardzo skrupulatny i formalistyczny naród. Już na samym lotnisku musiałem wypełnić deklarację embarkacyjną/dysembarkacyjną z informacjami o adresie zamieszkania w Japonii, planowanej długości pobytu, itd. oraz podpisać papiery dla organizacji JASSO, że przyjąłem od nich 25000 jenów i że generalnie wszystko jest zgodnie z planem.

Po przyjeździe do domu studenckiego musiałem wypełnić formularz rejestracyjny, podpisać przysięgę, złożyć podanie o udostępnienie łącza internetowego w pokoju i jeszcze dwa formularze, których dokładnie już nie pamiętam. Żaden z nich niedostępny był na miejscu, ale na szczęście przywiózł mi je mój tutor (o tym kiedy indziej).

Tego samego jeszcze dnia pojechałem do urzędu miejskiego w celu wypełnienia jeszcze większej liczby formularzy -- podania o wydanie karty obcokrajowca, która ma mi posłużyć za dowód osobisty oraz kilku formularzy dostępnych wyłącznie po japońsku w sprawie rejestracji w narodowym systemie ubezpieczeń zdrowotnych.

Po krótkiej przerwie na sen rozpocząłem drugą część przygody z formalnościami. Na Uniwerytecie Tokijskim czekały na mnie podanie o wypłacenie stypendium za październik, upoważnienie organizacji JASSO do otrzymywania mojego stypendium i wpłacania pieniędzy na moje konto pocztowe, podanie o założenia konta pocztowego, podanie o przyjęcie na uczelnię (zostałem na nią przyjęty już parę miesięcy temu, ale ponieważ z oczywistych względów nie przeszedłem standardowej procedury rekrutacyjnej, musiałem uzupełnić zaległe formalności), podanie o wydanie legitymacji studenckiej, podanie o zapisanie na kurs języka japońskiego, zawiadomienie o adresie w Japonii, podanie o wydanie karty rejestracyjnej. Dodatkowo musiałem złożyć tam tajemniczy certyfikat spraw zarejestrowanych (ang. certificate of registered matters), który dostałem w urzędzie miejskim wraz z paroma innymi certyfikatami o niewiadomym mi jeszcze przeznaczeniu. Większość wypełnianych podań wymagała pieczątek i podpisów z dziekanatu oraz od mojego opiekuna naukowego.

Po tym wszystkim zostało mi kilka oficjalnych papierów, z którymi nie wiem co mam zrobić. Być może przydadzą mi się dzisiaj, podczas kolejnej wizyty w urzędzie miejskim i na Uniwersytecie...