Karaoke

Nie można być w Japonii i choć raz nie uczestniczyć w sesji karaoke. Tak więc ja, Grzesiek (Polska), Jean (Francja), Alexis (Francja), Zweta (Bułgaria) i jeszcze Chorwat, którego imienia zupełnie nie pamiętam, wybraliśmy się (pomimo mojego negatywnego nastawienia) w piątek wieczór do baru o nazwie Karaokekan, wypełnionego zataczającymi się Japończykami. Zazwyczaj w japońskim barze karaoke, w przeciwieństwie do publicznych karaoke w Polsce, czy gdzie indziej na świecie, dostaje się wydzielone pomieszczenie, które może pomieścić do 10 osób.

Godzina spędzona w takim barze kosztuje 1300 jenów, czyli ok. 33 PLN, ale w cenę wliczona jest nieograniczona ilość long-drinków (co było głównym powodem, że zgodziłem się pójść). Jak się dowiedziałem, pierwszą godzinę zazwyczaj spędza się na piciu, ale za to podczas drugiej godziny wszyscy ochoczo chwytają za mikrofony kalecząc kolejne popowe hity. Również ja przekonałem się do całej idei i spróbowałem swoich sił przy kawałkach The Prodigy (Firestarter, Breathe), Boba Marleya (Exodus, Jammin') i Monty Pythona (Always look on the bright side of life). Na flickr możecie oglądnąć kilka zdjęć wykonanych moją komórką (więc od razu mówię -- nie są najlepszej jakości).

Jak się jednak później przekonałem, zabawę należy przerwać po tych dwóch godzinach, bo inaczej wszystko kończy się nieciekawie. Zaczęło się od zepsutego mikrofonu, który wyleciał komuś (nie będę wymieniał imion przez wzgląd na dyskrecję) z rąk i po odbiciu się od ściany wpadł za maszynę do karaoke. Niedługo potem na podłodze pojawiać zaczęły się kawałki szkła ze zbitych szklanek, a stół, podłoga i kanapa coraz bardziej lepiła się od rozlanych płynów. Zarzygany parapet w ubikacji i wielka kałuża rzygów pośrodku korytarza pomiędzy pokojami spowodowały, że poczuliśmy ochotę (a przynajmiej ci, którzy jeszcze myśleli) opuścić lokal. Miły wieczór został ukoronowany rachunkiem na przeszło 900 PLN (co na szczęście nie uwzględniało dokonanych zniszczeń, które w barach karaoke są zjawiskiem całkiem powszechnym i wliczonym w rachunek) oraz długą drogą do domu, podczas której trzeba było pilnować pijanej części towarzystwa, która kładła się na torach kolejowych (które w nocy są nieużywane) lub żywopłotach w ogródkach mijanych domków.

Karaoke w Japonii trzeba koniecznie zaliczyć, ale nie wiem kiedy odważę się następny raz na taką imprezę.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Hej Stasio! A Ty do ktorej kategorii nalezales tego wieczoru? Zaczekaj, zgadne...do tej trzezwej ;) Kiedys pojdziemy tez na ta karaoke
pozdrawiam

Monika S.

Anonimowy pisze...

Kalaoke OK !
chinczycy tez takie maja i nazywa sie OKTV. podobnie plus wiecej picia mniej spiewania.

Anonimowy pisze...

ja juz wiem kto sie kładł na te tory i rzucał mikrofonami oj chujos ty ale tam dajesz, widze ze jak w poznaniu!!!!

elene pisze...

czyli wszedzie karaoke takie samo :P
a jaki maja repertuar?
dbaj o siebie
usciski z hangzhou

Anonimowy pisze...

noo, jak sie uda wypic wiecej niz 3 drinki na godzine, to taniej niz w Kraju :)

malczun